O Dasi i jej notesach
Od tacy z zupą do własnego notesu
Mam na imię Daria, ale od studiów wszyscy mówią na mnie Dasia. Mieszkam w Kielcach. Pierwsze wesela oglądałam od zaplecza, z tacą w ręku: na studiach dorabiałam jako kelnerka w restauracji z salą bankietową. Tam zobaczyłam, ile rzeczy dzieje się za drzwiami kuchni, zanim goście dostaną zupę o północy.
Po studiach przez sześć lat pracowałam w hotelu z salą bankietową pod Kielcami, najpierw przy przyjęciach, od 2012 roku jako kierowniczka sali. Wesela co weekend od maja do października, komunie w maju, imprezy firmowe i wigilie w grudniu. Nauczyłam się liczyć porcje, czytać umowy od drugiej strony i układać plan dnia razem z kuchnią.
Od 2015 roku sama organizuję i koordynuję uroczystości. Do dziś było ich ponad sto czterdzieści, do tego kilkadziesiąt komunii i chrztów oraz imprezy firmowe od kolacji dla dwudziestu osób po pikniki na kilkaset. Najczęściej w świętokrzyskim i w Małopolsce. W sezonie pomagają mi dwie stałe koordynatorki.
Notesy na półce
Każda uroczystość ma u mnie osobny papierowy notes ze spiralą. Na pierwszej stronie plan dnia godzina po godzinie, na ostatniej telefony do wszystkich, którzy coś przywożą, grają albo gotują. Na przedostatniej telefony do tych, którzy mogą ich zastąpić.
W domowym biurze stoi ich ponad dwieście, podpisanych datą na grzbiecie. Dlatego ten serwis wygląda jak notes, a przy wielu wpisach jest strona z planem dnia.
Torba ratunkowa i płaskie buty
Na każdą uroczystość zabieram tę samą płócienną torbę: agrafki, nici w trzech kolorach, taśmę dwustronną, plastry na otarte pięty, zapalniczkę do świec, sznurek, nożyczki, spinacze do obrusów, ładowarkę i małą latarkę. Większość tych rzeczy nigdy nie wychodzi z torby. Te, które wychodzą, ratują wieczór.
Buty w dniu uroczystości zawsze płaskie, ciemne i na gumowej podeszwie. Na weselu robię więcej kroków niż kelnerzy, a oni przynajmniej mają przerwę na zupę.
Po co to piszę
Co sezon dostaję te same pytania od par, rodziców i działów kadr: ile to kosztuje, kiedy rezerwować, co zrobić, kiedy pada. Odpowiadałam na nie po kilka razy w tygodniu, aż uznałam, że lepiej napisać to raz, porządnie i dla wszystkich.
Piszę też dla tych, którzy organizują wszystko sami. Połowa tej roboty to wiedza, a wiedzą mogę się podzielić bez umowy i zaliczki.
Skąd biorę liczby
Ceny podaję w widełkach i zawsze z rokiem, bo różnica między regionami, terminami i wielkością przyjęcia bywa ogromna. Sprawdzam je w swoich notesach i w aktualnych ofertach, które zbieram co sezon. Przy każdej kwocie piszę, od czego zależy.
Przepisy, na przykład o urzędzie stanu cywilnego, ciszy nocnej czy zadatku, sprawdzam w aktach prawnych i na stronach urzędów. Nie podaję nazw sal, firm ani zespołów i nie piszę na zamówienie. Nie sprzedaję tu swoich usług.